Lech Kaniuk – Łódź to piękne miejsce na biznes

3
0

„Siedem lat temu obiecałem sobie, że nie wrócę nigdy do Łodzi. Teraz nie wyobrażam sobie bez niej życia”.

Lech Kaniuk – biznesmen. Swoje pierwsze transakcje wykonywał, mając piętnaście lat. Pierwszy biznes założony w Szwecji nie istniał długo, ale to go nie zraziło. W wieku osiemnastu lat przeprojektował dla huty urządzenie, które wcześniej nagminnie się psuło. To była pierwsza innowacja, jaką sprzedał. Pracował przez wiele lat dla szwedzkiej państwowej firmy ALMI, gdzie pomagał przedsiębiorcom wdrażać ich pomysły w życie. Potem jednak zdecydował się na założenie z przyjaciółmi start-upa – firmy OnlinePizza. To dzięki niemu powstała strona Pizzaportal.pl pozwalająca zamawiać jedzenie na wynos w prosty sposób.

Mateusz Słonecki: Trafił pan na listę pięćdziesięciu najbardziej kreatywnych ludzi w Polsce magazynu „Brief” i został menadżerem roku województwa łódzkiego według „Dziennika Łódzkiego”. Jak wyglądała droga po te tytuły? 

Lech Kaniuk: Była kręta, pełna niespodzianek i zwrotów akcji. Jak dobry film sensacyjny. I patrząc z perspektywy czasu, była bardzo długa. Tak naprawdę zacząłem w wieku dziesięciu lat. Wtedy zrywałem kwiaty z ogrodu i sprzedawałem je sąsiadom. Biznes niestety okazał się tylko sezonowy, a rodzice naciskali, żebym skupił się na nauce.

M. S.: Instynkt przedsiębiorcy był jednak silniejszy?

L. K.: Oczywiście, nie dawałem za wygraną i jak skończyłem piętnaście lat, zarejestrowałem swoją pierwszą firmę. W wiadomościach zobaczyłem, że w pożarze kamienicy zginęło wiele osób. Strażak wtedy powiedział, że gdyby u kogoś w mieszkaniu był czujnik dymu, to do tragedii by nie doszło. Pobiegłem zobaczyć, czy w naszym bloku jest chociaż jedna taka czujka. Nie było. Następnego dnia kupiłem ją i próbowałem zamontować w mieszkaniu. To nie było takie proste. A skoro ja miałem problemy, młody wysoki chłopak, to co dopiero osoby starsze. Postanowiłem sprzedawać czujki z usługą montażu.

M. S.: To chyba nie był strzał w dziesiątkę?

L. K.: Pomysł był dobry, ale zabrakło doświadczenia. Gdy poszedłem negocjować do marketu cenę za czujniki, przecież miałem w planach kupowanie ich w dużych ilościach, to nie zrobiłem dużego wrażenia na sprzedawcach. Ale nie jestem zdziwiony, było to nawet trochę zabawne. Żeby wyglądać poważniej, zabrałem ze sobą teczkę, gdzie miałem schowane dokumenty i mnóstwo kluczy. Zawsze uważałem, że jak ktoś ma dużo kluczy, to jest ważny, bo może wchodzić do wielu miejsc. Niestety sprzedawcy nie wzięli mnie na poważnie i zaproponowali wysoką cenę. Podobnie było w urzędzie skarbowym, gdzie urzędniczka powiedziała mi, żebym lepiej zajął się nauką.

M. S.: Trzecia osoba doradziła panu postawienie na systematyczną naukę zamiast działania na własny rachunek. To dało do myślenia?

L. K.: Trochę tak, a trochę nie. Niedługo po tym zacząłem wakacyjną pracę w hucie. Tam była taka maszyna, która ciągle się psuła. A była bardzo kluczowa dla całej produkcji. Obejrzałem ją sobie dokładnie i zaprojektowałem do niej nową część. Problem się rozwiązał, a ja sprzedałem swoją pierwszą innowację.

M. S.: Nawet jako pracownik Lech Kaniuk miał w głowie mnóstwo pomysłów?

L. K.: O tak, zdecydowanie. Nie jestem w stanie zliczyć, ile przez te lata w mojej głowie pojawiało się pomysłów na biznes. Część z nich udało się zrealizować. Wiele trwało krótko i z różnych powodów okazywały się nietrafione. Ale każda porażka czegoś mnie nauczyła i pozwoliła zrobić krok w przód.

M. S.: A przygoda z medycyną w Łodzi była taką porażką?

L. K.: Chyba trochę tak, choć pozwoliła mi iść dalej i podjąć decyzję, co tak naprawdę chcę w życiu robić. Te studia to był trochę wybór moich rodziców. Wiadomo, że oni mają swój plan dla dziecka ułożony w głowach. I ja temu uległem. Teraz, jak o tym myślę, to nie żałuję, że w 2001 roku przyjechałem do Łodzi, ale wtedy byłem załamany. Na lotnisku nie mogłem przejść odprawy, bo celnicy za starego laptopa kazali mi zapłacić dwadzieścia tysięcy złotych cła. Żeby tego uniknąć, musiałem płacić co miesiąc sto złotych za to, że laptop przebywa ze mną tymczasowo. Jakby tego było mało, po kilku miesiącach ukradli mi samochód, a potem okradli mieszkanie. Spakowałem się, zapłaciłem te kilkanaście tysięcy cła, bo urząd celny uznał, że skoro laptopa nie ma, to dokonałem importu, i wróciłem do Szwecji. Powiedziałem wtedy, że do Łodzi już nigdy nie wrócę.

M. S.: Sprawdziło się przysłowie: „nigdy nie mów nigdy”?

L. K.: Sprawdza się i to już od siedmiu lat. Tyle jestem już w Łodzi. Po powrocie do Szwecji wreszcie zacząłem robić to, co zawsze chciałem. Zacząłem studiować ekonomię na Politechnice w Lulei. Zajmowałem się innowacjami. Rozpocząłem współpracę z dużą szwedzką państwową firmą ALMI. Byłem specjalistą do spraw komercjalizacji innowacji. Pisałem o tym artykuły, miałem swoją audycję w radio i występowałem w programie telewizyjnym. To było ciekawe doświadczenie. Trzy osoby „z ulicy” trafiały do studia i w siedemdziesiąt dwie godziny musiały skomercjalizować swój pomysł na biznes. Oczywiście dostawały potrzebne narzędzia, drukarki 3D. A potem eksperci z różnych dziedzin, w tym ja, oceniali efekty końcowe. W międzyczasie z moim kolegą doktorantem założyliśmy spółkę, która oferowała ciekawe rozwiązania dla branży ciepłowniczej. Wszystko się ułożyło i o nienajlepszym czasie spędzonym w Polsce zdążyłem zapomnieć.

M. S.: I wtedy nie myślał pan o powrocie. Co takiego się zmieniło, że jednak do niego doszło?

L. K.: Zacząłem współpracę z chłopakami, którzy myśleli o stworzeniu takiej internetowej listy restauracji z kartami dań. Coś w stylu wirtualnych ulotek, które można aktualizować. Zaczęliśmy się zastanawiać nad tym, że skoro można już praktycznie wszystko zamówić przez Internet, to czemu nie spróbować z jedzeniem. I tak się zaczęło. A że w Szwecji 95% lokali oferujących jedzenie na wynos to pizzerie, to stąd nazwa naszej firmy Online Pizza. Przez trzy lata zdobywaliśmy rynek szwedzki. Aż podjęliśmy decyzję, że z naszą działalnością wychodzimy za granicę. Zrobiliśmy analizę i stwierdziliśmy, że Polska to ciekawy rynek. Wtedy padło pytanie: „kto zna język polski?”. I nie miałem wyboru.

M. S.: Przekornie, to właśnie dzięki Polsce zrobił pan karierę?

L. K.: Trochę tak. Pomysł z zainwestowaniem w Polsce okazał się strzałem w dziesiątkę. To nie znaczy, że gdybyśmy zainwestowali gdzieś indziej, to ponieślibyśmy porażkę. Być może nie, ale pomysł okazał się trafiony. W 2009 roku weszliśmy do Polski z platformą do zamawiania jedzenia – Pizzaportal.pl. Plan był taki, że przez rok miałem koordynować ten projekt. I ten rok zamienił się w siedem lat, a po drodze pojawiły się nagrody za zarządzanie i za kreatywny start-up.

M. S.: Prowadzenie start-upu to chyba nie jest łatwy kawałek chleba?

L. K.: Zdecydowanie. Początki były bardzo trudne. Wprawdzie wypracowaliśmy sobie w Szwecji pewien kapitał na inwestycję, ale weszliśmy jednocześnie na dwa rynki, polski i austriacki. Tych pieniędzy okazało się za mało. Pamiętam, jak jeszcze zatrudniałem w Łodzi kilka osób. Żeby móc im regularnie płacić, to sam nie pobierałem pensji, a zdarzało się nawet, że dokładałem ze swoich pieniędzy. Teraz zatrudniamy około stu osób i cały czas się rozwijamy.

M. S.: Jednak już pod innym szyldem, bo wasz start-up OnlinePizza został kupiony przez większego gracza za 120 mln zł. Dlaczego zdecydowaliście się na taki krok?

L. K.: W życiu każdego start-upu przychodzi taki moment, że trzeba zdecydować, co dalej. I albo zostaje on na jakimś średnim poziomie, albo przeradza się w dużą korporację czy wreszcie wchłania go ktoś większy. Zdecydowaliśmy, że propozycja, która się pojawiła, to dobry moment, żeby się rozstać. Dwóch wspólników rozpoczęło od zera swoje indywidualne projekty, a jeden został ze mną, już nie w OnlinePizza, a w Delivery Hero.

M. S.: Chyba nie jest łatwo pozbyć się własnego biznesu?

L. K.: Tak naprawdę to ja się go nie pozbyłem. Nadal jestem wspólnikiem i w nim pracuję. Przede mną nowe wyzwania i mnóstwo obowiązków. Między innymi dlatego zdecydowałem się zostać na dłużej. Przygotowujemy się do wejścia na giełdę. To jest teraz absolutny priorytet, który spędza mi sen z powiek. Poza tym, tych dwunastu godzin spędzonych w firmie nie traktuję jako pracy. To jest moja pasja.

M. S.: Dwanaście godzin w pracy, osiem na sen, czyli Lech Kaniuk ma tylko cztery godziny dziennie dla siebie?

L. K.: Dla siebie dwie, a dwie dla żony… Oczywiście żartuję, ale policzyłem ostatnio, że do odebrania mam około stu dni urlopu.

M. S.: Pokaźna liczba. W jaki sposób zamierza pan ten wolny czas, który kiedyś nadejdzie, wykorzystać?

L. K.: Może to będzie dobry moment, żeby powrócić do moich zamiłowań. Do motoryzacji i grania na pianinie. Długo czekałem na lepszą pogodę, żeby wybrać się gdzieś w teren, za miasto. Zbliżają się cieplejsze dni, jestem dobrej myśli. Natomiast granie porzuciłem ze względu na brak instrumentu. A właściwie to brak miejsca w mieszkaniu na fortepian czy pianino.

M. S.: Czyli najlepszy menadżer województwa łódzkiego nie mieszka w willi z basenem poza miastem?

L. K.: Nie, zupełnie nie. Jestem bardzo pragmatyczny i mieszkamy z żoną w lekko zaniedbanej kamienicy przy ulicy Piotrkowskiej, kilkaset metrów od mojej pracy. Oczywiście mieszkanie wyremontowaliśmy, ale gdy wychodzimy na zewnątrz, to jesteśmy częścią tego miejskiego folkloru. Jak wracam z pracy, to sąsiedzi witają mnie w bramie. Zawsze żartuję, że chyba poważnie wyglądam, bo w pracy do mnie mówią „szefie” i w bramie też. Czasami zdarza się jeszcze „panie kierowniku”.

M. S.: To znaczy, że przekonałeś się do tej kiedyś znienawidzonej Łodzi?

L. K.: Zdecydowanie. To świetne miejsce do robienia biznesu i do życia. Wszystko jest na wyciągnięcie ręki. W mieście dużo się dzieje. Wiele osób narzeka, że Łódź jest zaniedbana, ale nie widzą one tej drugiej strony, tej jaśniejszej, piękniejszej. Wyremontowane fabryki dostają nowe życie, zabytkowe kamienice cieszą oczy przechodniów. Poprawia się komunikacja i coraz więcej ludzi przyjeżdża do Łodzi robić interesy. Industrialny klimat przypomina o czasach wielkiej Łodzi przemysłowej. Wszystko wskazuje na to, że miasto odżyło po zapaści i ma szansę znowu stać się biznesowym zagłębiem. Chcę być tego świadkiem, dlatego na razie nigdzie się nie wybieram.

autor: Mateusz Słonecki

Related Blogs

Zostaw komentarz